PORWANIE
Joseph Conrad
Ocalenie
Porwanie
I
— Są ludzie — rzekł Lingard — którzy chodzą po świecie z zamkniętymi oczyma. Pan ma rację. Morze jest otwarte dla wszystkich. Jedni pracują na nim, a drudzy zbijają bąki — i to nie moja rzecz. Tylko niech pan sobie zapamięta, że nie pozwolę, aby czyjeś igraszki przeszkadzały mi w pracy. Pan mi daje do zrozumienia, że pan jest bardzo wybitnym człowiekiem…
Pan Travers uśmiechnął się chłodno.
— O tak — ciągnął Lingard. — Rozumiem to dobrze. Ale niech pan nie zapomina, że pan jest bardzo daleko od swego kraju, a tymczasem ja jestem tutaj na swoim gruncie. Ja wrosłem w ten grunt. Jestem właśnie Tomem Lingardem, ni mniej, ni więcej, czy znajduję się tu, czy tam i — może pan zapytać…
Szeroki ruch jego ręki wzdłuż zachodniego horyzontu powierzył z głęboką ufnością resztę zdania niememu świadectwu morza.
Lingard był na pokładzie jachtu już przeszło godzinę, ale nic z tego nie wynikło, poczuł tylko, że rodzi się w nim instynktowna nienawiść. Wobec nieświadomych żądań, które wyczuwał w samym fakcie obecności tych ludzi, w ich nieznajomości warunków, w ich twarzach, w ich głosach, w ich oczach — nie był w stanie zdobyć się na nic innego prócz urazy, która kryła w sobie zaród gwałtu nie liczącego się z niczym. Nie mógł im nic powiedzieć, bo nie było na to sposobu. Pojawienie się jachtu w chwili, gdy przekroczył krąg zakreślony wokół każdego człowieka przez rasę, wspomnienia, wcześnie zawarte związki, przez wszystkie zasadnicze warunki środowiska — odebrało mu poniekąd mowę. Był zbity z tropu. Ta przygoda wyglądała jak spotkanie w pustyni z jakimiś zachłannymi widmami.
Skrzyżowawszy ramiona wpatrywał się w szerokie morze żując wściekłość. Już sam wygląd wyodrębniał go zupełnie spomiędzy wszystkich na tym statku. Popielata koszula, błękitna szarfa, podwinięty rękaw odsłaniający posągowe ramię, niedbała władczość głosu i postawy przejmowały niesmakiem pana Traversa, który już się był zdecydował czekać na jakąś oficjalną pomoc i odnosił się podejrzliwie do najścia tego niepojętego osobnika. Od chwili zjawienia się Lingarda na pokładzie wszyscy obecni nie spuszczali zeń oczu. Tylko Carter, stojący niedaleko z łokciem wspartym o burtę, wbił wzrok w pokład jak opanowany przez senność lub zadumę.
Na rufie znajdowały się jeszcze trzy osoby, a między nimi pan Travers; trzymał ręce w kieszeniach kurtki i nie ukrywał wzrastającej odrazy.
Z drugiej strony pokładu spoczywała na leżaku kobieta, której bierne zachowanie wydało się wielce charakterystyczne stojącemu obok niej d’Alcacerowi; w ten sposób zwykła była przyjmować wszystko, czego się nie udało uniknąć. D’Alcacer mieszkał przed laty w Londynie jako attache swego poselstwa i uważał zawsze panią Travers za interesującą panią domu. A teraz okazała się jeszcze bardziej zajmująca z chwilą przypadkowego ich spotkania, gdy Travers zaproponował d’Alcacerowi wspólną podróż do Batawii. D’Alcacer uzyskał przez to sposobność studiowania przeróżnych odcieni pogardy, która — jak się domyślał — była tajną przyczyną pogodzenia się pani Travers z płytkością wydarzeń i monotonią światowego życia.
Niektórych rzeczy z początku nie był w stanie zrozumieć, na przykład — dlaczego wyszła za Traversa. Prawdopodobnie przez ambicję. D’Alcacer nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ten wygodny błąd tłumaczył najzupełniej jej pogardę — a także tolerancję. Spotkanie w Manili spadło na d’Alcacera zupełnie nieoczekiwanie; opowiadając o nim swemu wujowi, generalnemu gubernatorowi kolonii, zwrócił jego uwagę na to, że Anglicy, przegrywając w miłości lub polityce, puszczają się często w daleką podróż, jakby przez ogarnięcie wielkiego obszaru ziemskiej powierzchni spodziewali się nabrać świeżych sił do ponownej walki. Co się zaś tyczyło samego d’Alcacera, sądził — lecz tego już wujowi nie powiedział — że osobista jego walka z losem była skończona, choć i on wiele podróżował. Po stolicach Europy opowiadano sobie o nim pewną historię; cały jej skandal polegał na rozgłosie wybujałego uczucia, a cały tragizm — na przedwczesnej śmierci kobiety, której czarująca doskonałość równie mało była znana wielkiemu światu jak dyskretne i namiętne ubóstwienie, niewinnie przez nią wzbudzone.
Zaproszenie do podróży na jachcie było kulminacyjnym punktem wielu wymienionych uprzejmości i zostało wywołane głównie przez to, że pan Travers pragnął mieć towarzysza do rozmowy. D’Alcacer zgodził się z niedbałą obojętnością człowieka, dla którego równie dobry jest każdy rodzaj ucieczki przed bezlitosnym wrogiem. Nie spodziewał się wielkiej ulgi w smutku wobec perspektywy wysłuchiwania długich monologów o handlu, administracji i polityce, gdyż niczego więcej nie mógł oczekiwać od pana Traversa, którego życie i myśli, obce ludzkim namiętnościom, starały się wyciągnąć możliwie
